Ta bardzo ciekawa perspektywa przypomniała mi moja podróż przez nerwicę. Każdego dnia wstając i myśląc o tym, co mnie czeka, miałem przed oczami to, jak wiele wysiłku będę musiał włożyć i jak wiele bitew stoczyć, by ten dzień zakończyć.

Z perspektywy trzeciej osoby wyglądało to słusznie, ponieważ starałem się jakoś zaradzić temu, co przeżywam; przecież medytowałem, ćwiczyłem, odżywiałem się lepiej, ale konflikt trwał.

Pewnego dnia zrozumiałem, że moim błędem jest to, że w głowie ciągle znajduję się w centrum tego konfliktu, każdego dnia myślę, jak wygrać z nerwicą, a więc wychodzę z założenia, że ona ciągle jest – co jedynie utwierdzało mnie w przekonaniu, że jest coś ze mną nie tak i trzeba to naprawić.

Nie przyjmowałem do wiadomości, że mogę czerpać radość z życia, doświadczając tych stanów; uważałem, że zaznam szczęścia dopiero wówczas, kiedy pokonam ten stan. Więc walczyłem…

Jednak w głowie pojawiło mi się pytanie: czy walka kiedykolwiek kończy się pomyślnie? Kiedyś usłyszałem słowa: „W wojnie nawet jeśli wygrasz, to przegrałeś, ponieważ zawsze powstaną ogromne straty”.

Co więc mogłem zrobić?

Przede wszystkim opuścić pole bitwy i przestać każdego dnia myśleć o tym, jak o walce o życie, i po prostu ukierunkować myśli, mając świadomość, że robię to, ponieważ lubię dbać o siebie i czuję się dobrze. A do tego skupić się na świadomości, że te stany nie są ciągłe, że oprócz nich istnieje wiele przyjemnych doświadczeń, które pojawiają się każdego dnia każdego dnia. To spowodowało, że zacząłem dostrzegać jasne strony mojego życia i coraz bardziej je utrwalać.

Oczywiście nie oznaczało to, że ignorowałem to, co we mnie jest. Zaakceptowałem świadomość, że nerwica istnieje, ale tym razem nie napędzałem tego błędnego koła cierpienia poprzez ciągłe koncentrowanie się na niej i użalanie się nad sobą.

To, co mnie utwierdziło w przekonaniu, że wybrałem dobrą drogę, to przede wszystkim poznanie informacji na temat działania mózgu i tego, że odpowiedzialne za konkretne reakcje połączenia neuronalne, które nie są już tak często aktywowane, zaczynają się rozpadać – pisałem o tym w poście „Stwórz siebie na nowo”. Oznacza to dla nas tyle, że zmiana punktu skupienia z ciągłego myślenia o nerwicy i o walce z nią na zwyczajne skoncentrowanie się na tym, co dla nas budujące i przyjemne, powoduje, że w miejsce ciągłych myśli o nerwicy i jej reakcji zaczynają pojawiać się inne doświadczenia, takie jak szczęście, spokój czy na przykład reakcja relaksacyjna. Nasze wspomnienia zyskują coraz więcej pozytywnych barw i organizm w końcu otrzymuje moment na zregenerowanie sił, co ostatecznie prowadzi do stopniowego cofania się skutków stresu – i zyskujemy wewnętrzne siły, które zaczynają pomagać nam w przyszłości.

Ważne jest też uświadomienie sobie, że takie podejście nie oznacza, że nigdy nie będziesz miał trudniejszych dni. Ale tym razem będziesz miał wsparcie wynikające z codziennego doświadczania i utrwalania tego, co pozytywne i wspierające.

Pisząc ten post, mam również świadomość, że w nerwicy są jeszcze inne przeszkody, jak na przykład natrętne myśli czy trudności ze zdystansowaniem się, ale to będę poruszał już w innych postach. 🙂

Bez żołnierzy nie ma wojny. To właśnie oni stają się paliwem, które zasila konflikt. Gdyby nikt nie chciał walczyć i by tego nie robił, wojna również by nie powstała. Tak samo w naszym życiu – to my poprzez nasz upór i walkę z tym, czego nie chcemy czuć lub widzieć, i odsuwanie tego wzmacniamy konflikt, ponieważ oddajemy temu energię, którą ten konflikt się żywi. Zejście z pola walki i zwyczajne zaprzestanie karmienia konfliktu, obserwowanie go, bez angażowania się i podsycania, ostatecznie pozwala go zakończyć.